czwartek, 19 grudnia 2013

Smakowite Kąski #16

"Pewnej nocy, o tym też mi opowiedziała, poznała w barze Quito jednego Latynosa uchodźcę, z którym rozmawiała aż do zamknięcia lokalu. Potem poszli do Lilian i poszli do łóżka, ale nie hałasując, żeby nie zbudzić Carlitosa Coffeena. Latynos nazywał się Ernesto Guevara. Nie mogę w to uwierzyć, Lilian, powiedziałam jej. Tak, to był on, powiedziała mi Lilian, tak jak to ona miała zwyczaj mówić, kiedy ją poznałam, bardzo delikatnym głosikiem, jak popsuta lalka, głosem, jaki miałby ten szklany licencjat Vidriera z noweli Cervantesa, gdyby ona miała licencjat albo przynajmniej maturę, i jednocześnie oszalała i stała się niesamowicie inteligentna w tym przeklętym Złotym Wieku. No, a jaki był Che w łóżku?, to była pierwsza rzecz, o którą zapytałam. Lilian powiedziała coś, czego nie zrozumiałam. Co?, zapytałam, co?, co? Normalka, odpowiedziała Lilian, ze wzrokiem utkwionym gdzieś w swoją teczkę[...]

Przychodziła do baru Quito już bardzo późno, i siadała przy stoliku młodych poetów, albo przy stoliku starych przegranych dziennikarzy (wszyscy byli jej byłymi kochankami) i zajmowała się słuchaniem tych samych rozmów co zawsze. Jeśli ktoś jej mówił, na przykład: opowiedz o Che Guevarze, ona odpowiadała: normalka. I to wszystko. W barze Quito zresztą niejeden stary przegrany dziennikarz poznał Che i Fidela, spotykali się z Che podczas jego pobytu w Meksyku, i nikogo nie dziwiło, że Lilian mówi "normalka", choć może oni nie wiedzieli, że Lilian przespała się z Che, oni myśleli, że Lilian sypiała tylko z nimi i kilkoma grubymi rybami, które nie bywały w alei Bucareli w późnych godzinach nocnych, ale tu akurat na jedno wychodziło.

Przyznaję, że byłam ciekawa, jak posuwał Che Guevara. Normalka, jasne, ale jak?"
Roberto Bolano, Amulet, MUZA SA, 2011, Warszawa, tłum. Tomasz Pindel.

niedziela, 15 grudnia 2013

Smakowite Kąski #15

"- Patrzysz na mnie, jakbyś chciał wyczytać, ile jest we mnie afrykańskiej krwi.
- Wiem, ile jej masz.
- Więc nie zdziwisz się, jeśli kupię żywego barana i zarżnę go na środku pokoju?
- Nie zdziwię się.
- Nie zdziwisz się, kiedy odsunę dywan i na środku rozpalę ognisko?
- Nie zdziwię się.
- A kiedy wezmę nóż i zrobię ci na policzku plemienną bliznę?
- Wytrę krew.
- Tyle we mnie czujesz obcości?
- To nie jest obcość. To tajemnica.
- I nie chcesz tej tajemnicy poznać?
- To niemożliwe.
- To znaczy, że zadowalasz się tylko połową mnie."
Wojciech Albiński, Kto z państwa popełnił ludobójstwo?, zbiór opowiadań Lidia z Kamerunu, wyd. Twój Styl, 2007.

czwartek, 12 grudnia 2013

Światy Zajdla - Bilblioteka za dychę #02

Tym razem mowa raczej o e-Bibliotece za dychę ale dla wszystkich, którzy przedkładają wyświetlacz swojego czytnika e-booków nad szelest kartek to okazja niebywała: 

pięć świetnych powieści Janusza Zajdla, prekursora fantastyki socjologicznej, za dokładnie tyle ile chcesz. 

To czytelnik sam decyduje ile zapłaci za pakiet składający się z powieści: Cylinder van Troffa, Limes Inferior, Wyjście z cienia, Paradyzja oraz Cała prawda o planecie Ksi. Dodatkowo czytelnik sam może określić jaka część jego wpłaty przekazana zostanie spadkobiercom pisarza, fundacji i twórcom BookRage.

Gorąco polecam - BookRage.

wtorek, 10 grudnia 2013

Smakowite Kąski #14

"- Panie poruczniku - usłyszał za plecami miękki, usypiający głos - czy bierze pan pod uwagę możliwość nieodległego awansu, wybicia się na wyższy stopień, starszeństwa, krótko mówiąc, czy myśli pan o własnej przyszłości?
- W pewnym sensie - odpowiedział Hoszowski.
- Przepraszam, w jakim sensie?
- W takim, na jaki pozwala mi moja kondycja. Armia to szansa dla takich jak ja.
- Więc niech pan będzie łaskaw zapomnieć o pojedynku. Nie było zwady między panem a Rangułtem. Pan go nigdy nie spotkał.
- Jak to nigdy? - zdziwił się Hoszowski.
Wschodni oficer uciął:
- Nigdy w życiu.

Heltrein też wstał od stołu i teraz obydwaj krążyli wokół porucznika jak sępy. Ogoleni, wymyci, doprasowani, nietknięci wojną, jakby nie tyle byli obok, co ponad nią.

- Próbowałbym się spierać - rzekł Hoszowski pod dobrej chwili, do siebie raczej niż do krążących  nad nim mężczyzn.
- Bez skutku - odpowiedział mu wschodni oficer. - Rangułt to symbol Wielkiej Armii, jej legenda, a armia bez legendy istnieć nie może. Był z nią wszędzie. Pod Jeną, Austerlitz, w Wagram. Zdobywał Estremadurę, szturmował Madryt. To dla takich jak on prowadzi się bitwy, kampanie i wojny. Cesarz jest wysoko. Przenika w mit. A Rangułt zawsze obok, z żołnierzami, zawsze w polu, w ogniu, w natarciu, rajdzie. Legenda jest pod ręką, bark w bark, kulbaka w kulbakę. To pokrzepia i wynosi do celów, zdałoby się niemożliwych do spełnienia, rzeczy nieosiągalnych. Rangułt to symbol i legenda[...]

- Drogi pańskie z legendą się nie skrzyżowały. I nie skrzyżują. Jak chce się pan pojedynkować z legendą?"
Eustachy Rylski, Warunek, Świat Książki, Warszawa, 2005

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Przed Kamerą #4 - Wojciech Albiński

Autor wyśmienitego Kalahari opowiada o tym za czyją sprawą znalazł się w Afryce, o praktycznych skutkach używania języka angielskiego i o poczuciu ważności słowa, które nie pozwala mu stworzyć powieści.

Rozmowę przeprowadził Bartosz Marzec, autor reportażu - Nasz człowiek w Botswanie - o Wojciechu Albińskim.


Rozmowa dla culture.pl

niedziela, 8 grudnia 2013

Mroczne królestwo nocy

Gdyby istniały mroczniejsze królestwa nocy, na pewno by je znalazł, bo choć zło panoszy się na kartach wszystkich jego powieści, to wraz ze swoim Dziecięciem Bożym, Cormac McCarthy przedefilował przez wrota piekieł karnawałową niemal karawaną.

McCarthy ostentacyjnie nie zgłębia wspomnianego zła, nie poddaje go śladowej nawet analizie, ograniczając się wyłącznie do napisanej przepięknym językiem opowieści o samotnym mężczyźnie balansującym gdzieś na pograniczu człowieczeństwa i zwierzęcości. To właśnie ów kontrast pomiędzy poetyką zdań a potwornościami które opisują, kontrast pomiędzy pospolitością głównego bohatera a czynami które popełnia, sprawia że Dziecię Boże hipnotyzuje od pierwszych stron.

Powieść Amerykanina to także wyjątkowy obraz ludzi funkcjonujących na obrzeżach społeczeństwa, na granicy prawa stanowionego, a często nawet na granicy prawa naturalnego. Cormac McCarthy w prawdziwie mistrzowski sposób portretuje outsiderów, którzy w swoim życiu kierują się nienazwanym, atawistycznym zewem przodków. Wyrzutków zmuszonych do życia w zgodzie z naturą lecz często na przekór regułom. Samotników zdolnych zaakceptować drapieżnika na swoim terytorium.

Na dodatek McCarthy niezwykle zręcznie wiedzie swojego czytelnika na pokuszenie, przyprawiając swoją opowieść delikatną nutą czarnego humoru i przyozdabiając ją na wzór wieczornej gawędy, po to tylko by za chwilę zmienić punkt narracji, naruszyć symetrię w strukturze i chronologii powieści, sprawić, że czytelnik zafascynowany tym przerażającym pięknem zła, nawet nie zauważy gdy przekroczy infernalne wrota, lądując w samym środku piekła.

 Cormac McCarthy, Dzięcię Boże, Wydawnictwo Literackie, 2009, tłum. Anna Kołyszko.

Tutaj fragment powieści.

niedziela, 1 grudnia 2013

Biblioteka za dychę...

Przeszukując w przedświątecznej gorączce półki internetowych księgarni trafiłem w Matrasie na kilka naprawdę wyśmienitych pozycji w wyprzedaży, dzięki którym prawie za bezcen można znacznie wzbogacić swoją domową bibliotekę.

Papuga Flauberta (9,90 zł) Juliana Barnesa to niezwykle błyskotliwa, pełna humoru, fabularyzowana biografia Gustave'a Flauberta. Warto sprawdzić jak jeden z najwybitniejszych współczesnych prozaików brytyjskich potraktował jednego z największych mistrzów literatury francuskiej.

Lidia z Kamerunu (5,00 zł), to już czwarty zbiór wyjątkowych opowieści Wojciecha Albińskiego o Afryce, dla którego ten kontynent jest domem od ponad 35 lat. Surowa proza, którą nie sposób się nie zachwycić.  

Carlos Fuentes, z brutalną szczerością rozprawia się w swoich Wszystkich Szczęśliwych Rodzinach (9,90) z kondycją meksykańskich familii, a Eustachy Rylski w Po śniadaniu (9,90 zł) pisze o literackich idolach, postaciach, przyjaźniach i znajomościach, bez których jego młodość nie warta by była wspomnień, a starość uwagi.

Wszystkich miłośników prozy Roberto Bolano zainteresuje z pewnością Amulet (6,90 zł), w którym chilijski pisarz rozwija jeden z wątków ze swojej najsłynniejszej powieści Dzicy Detektywi, a w pakiecie warto z pewnością sięgnąć po Monsieur Paina (4,90 zł), krótką powieść prowadzącą czytelnika po labiryncie francuskich uliczek i zaułkach ludzkiej duszy.

niedziela, 3 listopada 2013

Przed Kamerą #3 - Szczepan Twardoch

Tym razem przed kamerą staje autor Morfiny, powieści nagrodzonej w plebiscycie czytelników podczas tegorocznego konkursu Nike. Szczepan Twardoch opowiada o Mackiewiczu i Gombrowiczu, Polskości i Niemieckości, a także o tym, że jego książki bywają mądrzejsze od niego.



Rozmowę przeprowadziła Xiegarnia.pl

piątek, 1 listopada 2013

Smakowite Kąski #13

"Pamiętam jego dziadka, zwał się Leland i na starość pobierał rentę wojenną. Umarł pod koniec lat dwudziestych. Niby, że służył w Armii Unii. Ale ludzie wiedzieli, że przez całą wojnę tylko się krył po krzakach. Kilka razy przychodziły go szukać. Ale on, psiajucha, nigdy nie trafił na wojnę. Tak gada stary Cameron, no to sam już nie wiem, bo chyba żeby łgał. Gadał, że przyjechały tu, żeby zdybać Lelanda Ballarda, ale jak go szukały w stodole i w wędzarni, to czmychnął z krzaków, poleciał tam, gdzie zostawiły konie, i odciął sobie skórę z siodła sierżanta, na zelówki do butów.

Nie, nie wiem jak się tej renty dochrapał. Musiał im nałgać. Hrabstwo Sevier wystawiło więcej żołnierzy do Armii Unii, niż miało zarejestrowanych wyborców, ale jego nie było wśród nich. On jeden miał czelność wystąpić o rentę. 

Ale powiem wam pod Bogiem, że nawet jak żołnierzem nie był, to był Białym Kapturem. 

Był jak amen w pacierzu. I jego młodszy brat też do nich należał, mniej więcej wtedy stąd uciekł. Wiadomo, że powiesili go w Hattiesburgu w Missisipi. Wychodzi na to, że nieważne gdzie. Powiesiliby go i tak, gdziekolwiek by mieszkał. 

Jedno tylko muszę przyznać Lesterowi. Choćby się cofnąć do zarania dziejów, wszystkich, psia go mać, prześcignął.

Pod Bogiem mówię."
Cormac McCarthy, Dziecię Boże, tłum. Anna Kołyszko, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2009

"Dziecię Boże stworzone na wzór i podobieństwo Twoje".


poniedziałek, 16 września 2013

Smakowite Kąski #12

"Carska stacja najwyższej kategorii, Wierzbołów, powstała w połowie XIX wieku na rosyjskie zamówienie. Zaprojektowali ją Francuzi, a wznieśli Niemcy.

W połowie XX wieku stację wysadził Niemiec Ehse albo zniszczyły radzieckie bombowce, osłaniane przez francuskie załogi słynnego pułku Normandie-Niemen, które brały udział w bitwie. 

Stacja przeżyła osiemdziesiąt trzy lata. To bardzo ludzki wiek. "
Marius Ivaškevičius, Epoka Wierzbołowska, tłum. Jadwiga Rogoża, Znikająca Europa, Wydawnictwo Czarne, 2006

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Angol w Madrycie.

Wrzucić Brytyjczyka o nienagannych manierach oraz słynnej w całym świecie angielskiej ignorancji ze wszystkimi tego konsekwencjami w sam środek hiszpańskiej zawieruchy lat 30-tych XX wieku, wydaje się być, pomysłem równie zdumiewającym jak wybornym. Otoczyć go tajniakami hiszpańskiej służby bezpieczeństwa, agentami brytyjskiego wywiadu, a także podstępnym szpiegiem zmieniającym sojuszników tak często, że już nie sposób ustalić dla kogo aktualnie pracuje, to posunięcie genialne. Zaplątać go w tajemniczą intrygę z zaginionym obrazem Velazqueza, romans z prawdziwą księżniczką i flirt z faszystowską Falangą, a wszystko to dodatkowo okrasić towarzystwem właścicieli biografii tak wielkich, że dziś ich życiorysy znamy z podręczników historii, sprawia, że mamy powieść z natury rzeczy skazaną na sukces.

Tym bardziej, że Walka kotów wyszła spod pióra Eduardo Mendozy, pisarza słynącego ze zręcznego języka, którym nie tylko opiewa wdzięki hiszpańskich miast, ale też celnie puentuje absurdy życia w tym największym na półwyspie iberyjskim państwie. Będąc pod ogromnym wrażeniem prozy Mendozy, w szczególności zaś zabawnego cyklu o Przygodach Fryzjera Damskiego, i dając się - kolejny raz - złapać na okładkową obietnicę "najwybitniejszej powieści, uwielbianego na całym świecie pisarza", zabrałem się za lekturę oczekując prawdziwie wybornej uczty. 

Tymczasem Walka kotów to powieść zaledwie dobra. Mendoza rzecz jasna, jak na utalentowanego autora przystało umiejętnie organizuje całą intrygę, wprawnie wprowadzając kolejne postacie i błyskotliwie żonglując opowiadaną historią. Czytelnik przy tym nie ma czasu na nudę, akcja gna bowiem do przodu nie dając głównemu bohaterowi ani sekundy wytchnienia. Jednak to, co tak doskonale sprawdzało się w prześmiewczych i kpiarskich Przygodach fryzjera... zawodzi w wypadku Walki kotów

Mam bowiem przed sobą powieść, w której autor postanowił w sposób lekki i przy tym zabawny opisać dramatyczne i pewnie wciąż dla wielu Hiszpanów bolesne wydarzenia w przededniu wielkiej wojny domowej, w której zginęło ponad dwieście tysięcy rodaków Mendozy. To właśnie w tym celu, pisarz jako głównego bohatera wprowadził na madrycką szachownicę figurę Brytyjczyka - obcego, zafascynowanego ale też przy tym kompletnie nie rozumiejącego Hiszpanii człowieka z zewnątrz, słowami którego mógł swobodnie drwić ze wszystkich stron sporu, ukazując w ten sposób absurd całego konfliktu. 

Tyle tylko, że Eduardo Mendoza utknął między konwencjami - z jednej strony wplatając w powieść prawdziwe, poważne zdarzenia i fakty historyczne, z drugiej zaś wypełniając ją niedorzecznymi aż do przesady perypetiami głównego bohatera, godnymi wyłącznie powieści awanturniczej, którą - co piszę z żalem - Walka kotów, jednak nie jest. To właśnie ten dysonans między poszczególnymi elementami powieści, w której Mendoza w odważny - przyznaję - sposób próbował połączyć analizę hiszpańskiego społeczeństwa i genezy wewnętrznego konfliktu z humorystyczną a przy tym brawurową intrygą, sprawił, że Walka kotów jest dla mnie książką odrobinę niewiarygodną, co nie oznacza, że nie uśmiechałem się podczas jej czytania.

Cóż, widać, że dla mnie - tak jak dla jednego ze spotkanych przez głównego bohatera Hiszpanów - Hiszpania to wyłącznie: "...słońce, byki, gitary, wino. Everibodi Olé!"

Eduardo Mendoza, Walka Kotów, wyd. Znak, 2012, tłum.Marzena Chrobak

środa, 31 lipca 2013

Przed Kamerą #2 - Eustachy Rylski

Eustachy Rylski dla culture.pl, o tym dlaczego oraz dla kogo pisze, o mojej ulubionej powieści jego autorstwa "Warunku", o swojej firmie budowlanej i o tym, że prawdziwy mężczyzna nie może być pisarzem.


http://youtu.be/NxJ8QBFYJS0

poniedziałek, 15 lipca 2013

Smakowite Kąski #11

Pod wpływem plebiscytu na ulubioną polską powieść dla młodzieży, postanowiłem odświeżyć sobie mój ulubiony fragment z Niewiarygodnych przygód Marka Piegusa, o ulubionej przeze mnie czynności - goleniu. Dla wszystkich, którzy jeszcze nie mieli okazji, albo już zapomnieli.
"Nie zdążyłem jednak wykroić ani jednego paska, bo do klasy wszedł przerośnięty Zdeb. Jedną rękę trzymał w kieszeni, drugą gładził się z dziwnym uśmieszkiem po brodzie[...]

- Golić umiesz?
- Golić? - wytrzeszczyłem oczy.
- Dzisiaj są imieniny pani Okulusowej i muszę być ogolony, rozumiesz?
- To... to kolega chce, żebym go ogolił? - wykrztusiłem.
- Dyżurni zawsze mnie golą - wzruszył ramionami Zdeb. - To należy do ich obowiązków. Nie wiedziałeś o tym?
- Nie! Czesiek mi nic nie mówił. Czy on też kolegę golił?
- Oczywiście, że golił! - huknął Zdeb. - Robił to nawet z dużą wprawą. No, prędzej, nie ma czasu, na co czekasz.
Zdeb rozsiadł się wygodnie na krześle za katedrą i rozłożył "Panoramę".
- Dobrze... - bąknąłem - ale czym kolegę ogolić?
- Przybory są w szufladzie w katedrze - mruknął Zdeb. - Woda może być z flakonu, byle tylko nie za stara. No, jazda. Pośpiesz się.
Oszołomiony wjąłem z szuflady brzytwę, mydło, miseczkę i ręcznik, stanąłem bezradnie przed Zdebem.
- No, gazem - popędził mnie Zdeb - zawiąż mi ręcznik!
Zawiązałem.
- Nie tak mocno! Udusisz mnie! - zakrztusił się Zdeb.
Poprawiłem.
- Woda!
Nalałem wody z flakonu do miseczki.
- Mydło!
Namydliłem.
- Brzytwa!
Porwałem brzytwę i zacząłem go skrobać.
- Przerwij!
Przerwałem.
- Na co się gapisz? - krzyknął Zdeb. - Nie czujesz, że tępa? Naostrz.
- Jak naostrzyć?
- O pasek! Masz chyba pasek przy spodniach?
Ściągnąłem pasek z nieszczęśliwą miną, bo czułem że spodnie mi opadają. Podciągnąłem je. Znów mi opadły. Zdjąłem je zrozpaczony, przywiązałem pasek do klamki, tak jak tatuś robi, i zacząłem ostrzyć brzytwę.
Zdeb rzucał na mnie niecierpliwe spojrzenia zza "Panoramy", wreszcie zakomenderował:
- Dosyć! Gol!
Wciągnąłem pośpiesznie spodnie i zacząłem manipulować brzytwą po brodzie Zdeba. Nagle Zdeb podskoczył na krześle.
- Oszalałeś!
- Co się stało?
- Jak to: co? Zaciąłeś mnie smarkaczu! Znów dostanę pryszczy albo liszajów. Rany boskie... Ile krwi! Na co czekasz? Wata! Opatrunek! Aj... wykrwawię się! - jęczał przerażony.
Pobiegłem do apteczki, wyjąłem butelkę jodyny i watę.
- Zaraz opatrzę kolegę - wyjąkałem.
- Dostanę pryszczy - jęczał Zdeb.
Umoczyłem kawałek waty w jodynie i przylepiłem mu do brody. Zdeb wrzasnął przeraźliwie i zerwał się z krzesła.
- Oj, moja broda! Coś ty mi zrobił, łobuzie!
- Za... zajodynowałem.
- Co? Jodyna... O, złośliwy smarkaczu, czekaj porachuję się z tobą... O, moja broda... moja broda!
Jęcząc i odgrażając się na przemian, wybiegł z klasy trzymając się za brodę[...]

- Dyżurny Piegus! - zagrzmiał Pitagoras. - Czy masz zapasową kredę?
- Mam w kieszeni, panie profesorze.
Zacząłem szukać zdenerowowany wywracając kieszenie. Z kieszeni wypadła mi brzytwa Zdeba i pędzel do golenia. Piotagoras wyciągnął ciekawie szyję.
- Pokaż no to, chłopaczku!
Podałem. Pitagoras zdumiony obejrzał narzędzia.
- Co to jest, chłopaczku?
- To... to jest pędzel i brzytwa, panie profesorze - wyjąkałem.
Pitagoras zmarszczył brwi.
- Więc ty się golisz, chłopaczku?
- Ja nie... ja tylko...
- Więc skąd u ciebie takie instrumenty, chłopaczku?
Chciałem powiedzieć prawdę, ale pochwyciłem groźne spojrzenie Zdeba i straciłem głowę.
- Ja... ja się uczę fryzjerki, panie profesorze - wykrztusiłem.
- Ach tak - uśmiechnął się szyderczo  Pitagoras - i zaprawiasz się na kolegach pewnie... Czy możesz mi powiedzieć, kogo goliłeś, chłopaczku?
- Obejrzałem się rozpaczliwie.
- Go...goliłem kolegę Zdeba.
- Zdeb, do mnie! - zagrzmiał Pitagoras.
Zdeb podszedł do katedry z ponurą, obandażowaną twarzą.
- Czy dyżurny Piegus golił cię dzisiaj? - zapytał go Pitagoras.
- Golił mnie, panie psorze.
- Jak mógł cię golić, kiedy masz twarz w bandażu?
- To właśnie od golenia, panie psorze.
- Pokaleczył cię brzytwą?
- Tak, panie psorze.
- Niesłychane. Przecież wy się pozarzynacie. Brzytwa w rękach szaleńców - sapał przerażony Pitagoras. 
- Więc ten czwororęczny cię golił, a ty, stary byk, pozwalałeś się golić?
Zdeb wzruszył ramionami,
- On przychodzi z brzytwą i goli. Czy kto chce, czy nie, panie psorze, on goli."
Edmund Nizurski, Niewiarygodne Przygody Marka Piegusa, Instytut Wydawniczy "Nasza Księgarnia", Warszawa, 1965

sobota, 13 lipca 2013

Magiczna Vigata

Magia krótkich powieści kryminalnych Andrei Camilleriego nie tkwi ani w zawiłej intrydze, do rozwiązania, której czytelnik zmuszony byłby wznieść się na wyżyny intelektu, ani w pełnej strzelanin czy pościgów wartkiej akcji, której w książkach Włocha zwyczajnie brak, a tym bardziej nie doszukamy się jej w spektakularnych pojedynkach prawników podczas rozpraw sądowych, do których w utworach Camilleriego nigdy nie dochodzi.

Magia tych opowiastek tkwi w pełnej słońca, pachnącej czosnkiem oraz pomidorami, zawsze - wydawać by się mogło - radosnej Vigacie. Fikcyjnym miasteczku, które pisarz przybrał w nieodzowne dla każdej sycylijskiej mieściny przymioty: lokalnych mafiozów na wzór Cammory, bojących się jedynie swojej własnej la mamma, skorumpowanych do cna polityków bez skrupułów, żądnych sensacji dziennikarzy oraz dziwki o złotym sercu i manierach arystokratek. Do tego dorzucił niesłychaną południowowłoską kuchnię, piaszczyste plaże i słone morze.

Magia tych powieści tkwi także w ich głównym bohaterze - Salvo Montalbano, równie inteligentnym co sardonicznym komisarzu policji, uwikłanym w długoletni i burzliwy związek z - miłością swojego życia - Livią, przechodzącym aktualnie gwałtowny kryzys wieku średniego, który sprawia, jak ma to miejsce w wypadku każdego rasowego mężczyzny o gołębim sercu, że komisarz mniej lub bardziej podświadomie daje wodzić się za nos wszystkim atrakcyjnym kobietom w okolicy, wykorzystującym go do swoich, wiecznie niecnych celów. Część magii dodają powieściom Camilleriego policyjni współpracownicy Montalbano, ze swoimi charakterystycznymi przywarami i ślepą lojalnością wobec przełożonego, a także jego odwieczni rywale, zarówno ci w szeregach złoczyńców, jak i ci stojący po stronie sprawiedliwości.

Powieści Camilleriego wypełnione są prostymi, kwiecistymi, skrzącymi się ironią i sarkazmem dialogami, wywołującymi uśmiech na twarzy czytelnika. A wszystko to pisarz przyprawił opisami włoskiej kuchni, które sprawiają, że mam ochotę wsiąść w najbliższy samolot do Katanii, albo w najgorszym wypadku pobiec do pobliskiej włoskiej restauracji, nawet jeśli ta miałaby się okazać jedynie jej nędzną imitacją.

Zarówno tytuł tego bloga jak i bezkresna miłość głównego bohatera do wybornego jedzenia, sprawia że nie mam wyjścia i zakończyć swoją opowieść o magicznej Vigacie mogę wyłącznie odwołując się do kulinarnego przykładu: seria książek o komisarzu Montalbano jest jak świeże Mule w sosie z czosnkiem i pomidorami. Niby to jedynie przystawka przed bardziej wykwintnym daniem, ale za to jaka przystawka! Smacznego!

Andrea Camilleri, Sierpniowy Żar,  wyd. Noir sur Blanc, 2012, tłum. Stanisław Kasprzysiak
Andrea Camilleri, Skrzydła Sfinksa,  wyd. Noir sur Blanc, 2013, tłum. Monika Woźniak

niedziela, 30 czerwca 2013

Smakowite Kąski #10 - Gdzież jest niegdysiejszy Snowden?

Gdy szpaltami gazet, wiadomościami radiowymi i telewizyjnymi oraz pierwszymi stronami portali informacyjnych zawładnęła afera PRISM, na pierwszy plan wysuwając niepozorną osobę Edwarda Snowdena, mój wewnętrzny strumień świadomości popłynąć mógł tylko w jednym, jakże oczywistym kierunku. Dlatego też, z niemałym zdumieniem i smutkiem zarazem, po kilku dniach skonstatowałem, że żaden z naszych rodzimych dziennikarzy nie odważył się, by sięgnąć po cisnące się na usta - szczególnie po tym, jak Amerykanin dosłownie rozpłynął się powietrzu między Hongkongiem a Moskwą - zdanie z jednej z najlepszych i najzabawniejszych powieści w historii literatury. A gdy w między czasie okazało się, że nie jestem jedynym, któremu postać Snowdena skojarzyła się dość jednoznacznie, do tego stopnia nawet, że przeprowadził swoisty wyszukiwarkowy eksperyment, postanowiłem odkurzyć swój leżący na jednej z najwyższych półek egzemplarz Paragrafu 22 i odważnie zadać pytanie: Gdzież jest niegdysiejszy Snowden?
"[...]Yossarian mógł coś na ten temat powiedzieć, ponieważ kolekcjonował dobre pytania i używał ich do wprowadzania zamętu na zajęciach wychowawczych, jakie Clevinger prowadził kiedyś dwa razy tygodniowo w namiocie kapitana Blacka z kontrwywiadu wraz z kapralem-okularnikiem, o którym wszyscy wiedzieli, że jest najpewniej wywrotowcem. Kapitan Black wiedział, że kapral jest wywrotowcem, ponieważ nosił okulary, używał słów takich, jak utopia i panaceum, i krytykował Adolfa Hitlera, który położył przecież wielkie zasługi w zwalczaniu antyamerykańskiej działalności w Niemczech. Yossarian chodził na te zajęcia wychowawcze, ponieważ chciał się dowiedzieć, dlaczego tyle ludzi uparło się, żeby go pozbawić życia. Inni lotnicy też chcieli się dowiedzieć różnych rzeczy, toteż zadano wiele dobrych pytań, kiedy Clevinger i kapral-wywrotowiec na zakończenie pogadanki mieli nieostrożność zapytać, czy są jakieś pytania.
— Kto to jest Hiszpania?
— Dlaczego jest Hitler?
— Cóż jest prawda?
— Gdzie był ten garbaty blady staruszek, na którego wolałem tata, kiedy popsuła się karuzela?
— Co było atu w Monachium?
— Ho-ho beriberi. i
— Takiego wała!
Posypało się jak z worka, a potem Yossarian zadał pytanie, na które nie było odpowiedzi:
— Gdzież jest niegdysiejszy Snowden?
Pytanie poruszyło ich do żywego, gdyż Snowden zginął nad Awinionem, kiedy Dobbs dostał ataku szału w samolocie i wyrwał stery Huple'owi.

Kapral udał głupiego.
— Słucham? — spytał.
— Gdzież jest niegdysiejszy Snowden?
— Obawiam się, że nie rozumiem pytania.
— Ou sont Neigedens d'antan? — powiedział Yossarian, żeby mu ułatwić sprawę.
— Parlez en anglais, jak Boga kocham, je ne parle pas francais — poprosił kapral.
— Ja też nie — odpowiedział Yossarian, gotów ścigać go wśród wszystkich słów świata, żeby wydębić z niego odpowiedź, ale przeszkodził mu w tym Clevinger, blady, chudy, z trudem chwytający oddech i już ze łzami błyskającymi w niedożywionych oczach.

Dowództwo grupy było zaniepokojone, bo nigdy nie wiadomo, do czego ludzie się dopytają, skoro raz poczują, że mają prawo zadawać pytania. Pułkownik Cathcart wysłał więc pułkownika Korna, żeby z tym skończył, i pułkownik Korn załatwił sprawę, wydając okólnik odnośnie do zadawania pytań. Okólnik był genialny, jak stwierdził sam pułkownik Korn w raporcie do pułkownika Cathcarta. Zgodnie z okólnikiem prawo do zadawania pytań mieli tylko ci, którzy nigdy nie zadawali pytań. Wkrótce zaczęli przychodzić na zajęcia tylko ci, którzy nie zadają pytań, a potem z zajęć w ogóle zrezygnowano, gdyż Clevinger, kapral i pułkownik Korn zgodnie uznali, że nie ma ani potrzeby, ani możliwości upolityczniania ludzi, którzy nie mają żadnych wątpliwości."
Joseph Heller, Paragraf 22, wyd. B.M Sp. z o.o., 1994, tłum. Lech Jęczmyk.

wtorek, 18 czerwca 2013

Przed kamerą #1 - Paul Auster

Chociaż kilka naprawdę ciekawych książek przewinęło się ostatnio przez moje ręce, to absolutny brak czasu nie pozwala mi na popełnienie nawet symbolicznych wzmianek na ich temat, dlatego też chcąc utrzymać Smak Książek przy życiu chociażby w stanie agonalnym, postanowiłem pójść na łatwiznę i powołać do życia nową sekcję: Przed Kamerą, w której mniej lub bardziej znani pisarze będą dzielić się refleksjami na temat własnych powieści, literatury i kondycji ludzkiej w ogóle. 

Na początek Paul Auster o swoim Sunset Park...



... i o Ryszardzie Kapuścińskim.

niedziela, 26 maja 2013

Smakowite Kąski #9

Po wieczorze, a właściwie nocy, spędzonej w towarzystwie pana Kurtza, Marlowa, conradowskiej światłości nieustannie zderzającej się z mrokiem i dopełniającej tą kolizję poezji T.S. Eliota, nie ma nic lepszego niż na moment przenieść się do słonecznej Vigaty, wprost w Sierpniowy Żar, Andrei Camilleriego.
"- Komisarz Montalbano? Doktor Arqua jest jeszcze zapracowany. Proszę uprzejmie spróbować...
- ... za dziesięć minut, wiem.

To się w głowie nie mieści, żeby tracić tyle czasu na durnia, który teraz pewnie zaciera ręce z radości, że każe na siebie czekać. Zmiął dwie kartki papieru, w kulę i włożył ją sobie do ust. Potem zacisnął nos klipsem do papieru i raz jeszcze wybrał numer sądówki. Mówił z lekkim akcentem toskańskim.

- Tu minister pełnomocny i generalny inspektor Gianfilippo Maradona. Proszę mnie pilnie połączyć z doktorem Arqua.
- Tak jest ekselencjo.

Montalbano wypluł kulę papieru, odpiął pęsetę. Za niecałą minutę usłyszał głos doktora Arqua.

- Tak jest, ekselencjo.
- Nie rozumiem, dlaczego nazywasz mnie ekselencją. Jestem Montalbano.
- Właśnie mi powiedziano, że...
- Możesz dalej mówić do mnie ekscelencjo, nawet mi się to podoba. 

Arqua nie odzywał się przez chwilę. Czuło się, że ma ochotę przerwać połączenie. Potem się romyślił.

- Czego chcesz?
- Masz mi coś do powiedzenia?
- Mam.
- To mów.
- Mówi się: z łaski swojej.
- Z łaskiej swojej.
- No to pytaj.
- Gdzie została zamordowana?
- Tam, gdzie została znaleziona.
- A ściślej mówiąc?
- Przy wyjściu z salonu na taras.
- Jesteś pewien?
- Zaręczam.
- Skąd ta pewność?
- Po prostu tam utworzyła się wielka kałuża krwi.
- A gdzie indziej? 
- Krwi ani śladu.
- Tylko ta jedna kałuża?
- I smugi na posadzce. Ofiara była wleczona w kierunku kufra.
- Znaleźliście narzędzie zbrodni?
- Nie.
- A odciski palców?
- Tysiące.
- Także na folii, w którą było zawinięte ciało?
- Nie, tam nie ma żadnych.
- Znaleźliście coś jeszcze?
- Rulon taśmy do paczek. Tej samej, którą oklejono folię.
- Na nim też nie ma odcisków?
- Ani jednego.
- I nic więcej?
- Nic.
- To pocałuj się w dupę.
- I ty też.
Piękny dialog. Lakoniczny, oschły, godny tragedii Vitoria Alfieriego."
Andrea Camilleri, Sierpniowy Żar, wyd. Noir Sur Blanc, 2012, tłum. Stanisław Kasprzysiak.  

niedziela, 12 maja 2013

Smakowite Kąski #8

"Koniolub Grubas załamał się nerwowo w dniu, kiedy zatelefonowała do niego Gloria z pytaniem, czy ma nembutal. On spytał, po co jej to potrzebne, a ona odpowiedziała, że chce się zabić. Dzwoniła do wszystkich znajomych. Miała już pięćdziesiąt pigułek, ale potrzebowała jeszcze trzydziestu albo czterdziestu, żeby uzyskać całkowitą pewność.
Koniolub Grubas natychmiast doszedł do wniosku, że to jej sposób na zwrócenie się o pomoc. Grubas przez lata łudził się, że może komuś pomóc. Jego psychiatra powiedział mu kiedyś, że jeśli chce się wyleczyć, musi zrobić dwie rzeczy: rzucić narkotyki (czego nie zrobił) i przestać próbować pomagać ludziom (nadal próbował)".

Philip K. Dick, VALIS, Zysk i S-ka, 1997, Poznań, tłum. Lech Jęczmyk

niedziela, 21 kwietnia 2013

Pisarz T.

T. był bardzo złym człowiekiem, z pewnością najgorszym jakiego sam poznał. Ewangelicy wierzą, że każdy człowiek jest tak samo zły i każdy tak samo zasługuje na piekło, jednak T. swoje zło zgłębił najbardziej. Z drugiej strony T. jest również bardzo dobrym pisarzem, z pewnością jednym z najlepszych jakich poznałem. Pisarzem, który potrafi o złu pisać - jeśli można tak powiedzieć - dobrze. A nawet bardzo dobrze. Może właśnie dlatego, że sam je tak gruntownie zna?

Od pierwszej do ostatniej strony Miasta Ł. zastanawiałem się ile w postaci T. jest pisarza T.? Ile w niej jego prawdziwego Ja? Albo, trzymając się ściślej książki, ile jest w postaci T. jego Ty? I niestety, to pytanie przysłoniło mi całą powieść.

Właściwie powinienem napisać, psiowieść, bo oprócz T. jest w niej niezliczona ilość czworonożnych istot, które są pocieszne, i podległe, i posłuszne, i sprawiają, że T. ma ochotę obudzić w sobie złego człowieka, którym kiedyś był, i który z lubością oddawał się znęcaniu nad takowymi istotami. Jest w niej też wiele zabawy językiem, semantyką i słowotwórstwem, a właściwie słowostwórstwem, bo z tej rozrywki zamiast nowych słów, częściej pisarzowi T. wychodzą wyłącznie nowe stwory, trudne do odczytania dziwolągi. I tylko Miasta Ł. jest w tej książce jak na lekarstwo.

I chociaż w swojej powieści T. jak zwykle, w odrobinę makabryczny ale i przy tym zabawny sposób, puentuje naszą rzeczywistość i międzyludzkie stosunki, to tym razem krzywe zwierciadło, w którym ją odbija jest zbyt zdeformowane i chyba nawet momentami, nieco popękane. A garść tych naprawdę wartościowych fragmentów ginie porozrzucana po stronach całej książki. T. potrafi przecież głębiej pochylić się nad ludzką kondycją: Jaki jest stosunek Boga do człowieka i człowieka do Boga? W jaki sposób życie poza normalnymi ludzkimi więziami, rodzinnymi i społecznymi wykształca w człowieku miłość? Czym i na ile relatywne jest pojęcie zła?

T. napisał już w swoim życiu kilka lepszych powieści, ale gorszych też. Miasto Ł., ma w sobie, tą niebywałą lekkość pióra i humor, charakterystyczne dla jego prozy, zabrakło mi w niej jednak literackiej konsekwencji, z którą zgłębiał ważne tematy w swoich wcześniejszych utworach. Z niepokojem zastanawiam się, na ile dla autora jest to książka osobista i tym samym dla niego ważna? Pytać o to jednak nie zamierzam. Sam powiedział, że "za bardzo się wstydzi, żeby odpowiedzieć."

Tomasz Piątek, Miasto Ł., Wydawnictwo W.A.B, 2012

wtorek, 16 kwietnia 2013

Smakowite Kąski #7

Poniższy fragment prozy Tomasza Piątka stanowi kwintesencję tego, co u niego lubię najbardziej, i czego mu szczerze zazdroszczę - lekkości pióra, soczystości języka, odrobiny makabrycznego humoru, niebywałej umiejętności przeskakiwania z tematu na temat, i wreszcie, niezwykłej zdolności celnego puentowania rzeczywistości.
"- A może nasze koty to małe wydry?
- Nie, bo nie pływają. Ale w Nowy Rok Ciotka jest surykotka. Staje na tylnych łapach jak surykatka i nasłuchuje.
- Nie, to nie ona, to Bójka tak robiła.
Bójka to kotka, która była wcześniej. Pewnego dnia wyszła za okno, na spacer po gzymsie, i nie wróciła. Potem przyszli sąsiedzi, tacy najbardziej nie-Świetliści, i powiedzieli, że znaleźli na ulicy kotka przejechanego przez samochód, trójkolorowego, jak Bójka, i że pochwali go w krzaczorach na podwórku. Tam gdzie teraz jest tor do gry w kulle, który stoi pusty i zarasta, bo chłopców wywieźli. Wtedy nie było jeszcze toru i byli chłopcy, więc pomogli kotka odkopać, trzeba było sprawdzić czy to na pewno ona. Przejebane, odkopywać kotka, kiedy coraz bardziej się okazuje, że to własny, i potem trzymać go, głaskać martwego na ręku.
- Dotknij jej - powiedziała H. - Weź ją na ręce. Poczuj ostatni raz.
Tomek Barnabowy i Barnaba, którzy też pomagali kopać popłakali się. Barnaba był Włochem, kończył właśnie szkołę filmową w Ł. Miał tu mieszkanie, poza tym drugie pod Mediolanem, małą willę, też pod Mediolanem, dom w Alpach Piemonckich i jeszcze jedno mieszkanie nad morzem Liguryjskim. Jego nikt nie próbował wywieźć.
- Już wiem - mówił - zrobię kurs gastronomiczno-handlowy i będę sprzedawał polską dziczyznę na targu pod Mediolanem!
- Barnaba, ty nic nie rób, przecież nie musisz - mówili mu wszyscy, ale nie słuchał. Chciał być kimś, na przykład reżyserem. Myślał, że w ten sposób będzie fajniejszy. Bez sensu, i tak był fajny. Wyglądał dokładnie jak Barnaba - tak T. wyobrażał sobie kogoś, kto ma na imię Barnaba. Gruby, wysoki, ogromny, miał wielką szopę czarnych kręconych włosów i wielką kręconą czarno-rudą brodę. Lubił jeść i bardzo chciał się jakoś fajnie zakochać. Pewnie myślał, że wtedy też będzie fajniejszy[...]
- A może to są kocie małpy? - pyta T. - Jakby lemury? Bo lemur to chyba brakujące ogniwo między kotem a małpą. Ciekawe, jak to jest mieć lemura.
- Nie - odpowiada H.
- Przed wojną była poetka, która strasznie chciała mieć lemura. Ale wtedy dostać lemura w Polsce było niewyobrażalnie trudno, pewnie tak samo trudno jak teraz. I jeden wielbiciel dał jej makaka. Ale makak jako zastępstwo lemura okazał się do niczego. Był zazdrosny o poetkę; kiedy przychodzili do niej adoratorzy i wieszali swoje kapelusze na wieszaku, makak do nich srał. I kiedy adorator wychodził, żegnał się z poetką w przedpokoju, nakładał kapelusz, to rzadkie gówno makaka spływało mu na twarz. Możesz sobie wyobrazić co oni przeżywali. Mężczyźni, przed wojną, i do tego w zalotach, kiedy ego jest najbardziej wyczulone... Zhańbieni na resztę życia, zniszczeni, no już na pewno się u niej nigdy nie pokazywali i pozostawała nieszczęśliwa w miłości.
- Zaraz - dziwi się H. - To u faceta w zalotach ego jest najbardziej wyczulone?
- No przecież. Wtedy każdy drobiazg boli, niszczy cię we własnych oczach, bo widzisz go dziesięć razy powiększony w oczach kobiety. Mężczyzna nie widzi wtedy w oczach kobiety tego, co naprawdę widzi kobieta, tylko to, co sobie wyobraża, że ona widzi - swój strach, powiększony dziesięć razy. Ona przy jakieś drobnej jego wpadce może być rozbawiona albo współczująca, może dopiero wtedy poczuć do niego prawdziwą sympatię, a on czuje rzadkie gówno makaka na twarzy.
- Zaraz, ale jak on może się zalecać, kiedy równocześnie ego mu rośnie? Tu jest jakaś techniczna sprzeczność.
- Na tym właśnie polega mężczyzna, nie wiedziałaś?"

Tomasz Piątek, Miasto Ł., Wydawnictwo W.A.B, Warszawa, 2012

niedziela, 7 kwietnia 2013

Smakowite Kąski #6 - PKD

Philip K. Dick był bez wątpienia najwybitniejszym pisarzem science-fiction XX-go wieku. Co odważniejsi stawiają nawet tezę, że Dick był jedną z najwybitniejszych postaci dwudziestowiecznej literatury w ogóle. Dla mnie Philip Kindred Dick na pewno był najważniejszym pisarzem młodości. Dwadzieścia lat temu zaczytując się jego prozą bez umiaru, zastanawiałem czym jest pojęcie czasu, czym jest rzeczywistość i wreszcie - co najważniejsze w jego literaturze - zastanawiałem się, co to znaczy być człowiekiem. Jaka jest prawdziwa istota człowieczeństwa?

Dzisiaj z dumą, podwójną można powiedzieć, bo należał Dick do pisarzy niezwykle płodnych, pochwalić się mogę faktem posiadania wszystkich kilkudziesięciu napisanych przez niego powieści (zarówno tych miałkich, jak i tych wybitnych) i blisko setki opowiadań, które wyszły spod jego pióra.

Prawdziwie Smakowitym Kąskiem dla wszystkich fanów pisarza, będzie zatem z pewnością kilka słów Philipa K. Dicka na temat filmu Łowca Androidów, który powstał na podstawie jego powieści Czy Androidy śnią o elektrycznych owcach?  Premiery filmu sam pisarz już nie doczekał, a swoimi wrażeniami, wyraźnie podekscytowany, dzielił się na dwa miesiące przed własną śmiercią, z przyjaciółką Gwen Lee. 
"[...] analizując efekty specjalne w filmach SF, doszli do wniosku [autorzy filmu - red.], że twórcy takich filmów kreują światy, w których nie ma śladów zużycia, tak jakby były niezamieszkane. Wszystko jest nowiuteńkie. Statki kosmiczne są nowe, nie mają żadnych wgnieceń ani zadrapań. Jeśli pojawia się sterownia, to wygląda nieskazitelnie jak wystawa w muzeum techniki. Tymczasem w tym filmie ulice miast żyją, wszystkie budynki noszą ślady zużycia, widać, że ktoś w nich mieszka. Tak naprawdę widać zniszczenie, rozkład: kiedy budynek się starzeje, nie wyburzają go, tylko dobudowują kolejne piętra, więc robi się coraz wyższy, jak kolonia termitów. To niewiarygodne! Przypomina mi to obraz Breughla, który miałem przed laty. Nosił tytuł... hmm... Wieża Babel[...]
Zaczynasz więc od tego niezwykłego miejsca pełnego gruzu, śmieci, smogu, dziwnie wyglądających ludzi i niesamowitych neonów. Co do tych neonów... Powiedzieli nam, że trzeba by obejrzeć ten film, co najmniej pięć razy, żeby wyłapać wszystkie informacje, którymi widz jest bombardowany. Na przykład kiedy ktoś przechodzi obok kiosku, na wystawie są prawdziwe czasopisma, z aktualnymi okładkami i artykułami; to samo dotyczy gazet. Tyle, że tytuły tych artykułów i nazwiska ich autorów i... hm... niektóre z nich nigdy nie pojawią się na ekranie[...]
Ktoś mi powiedział, że kiedy Kubrick robił Odyseję Kosmiczną i aktorzy - ci ludzie na statku - mieli założyć przygotowane dla nich mundury odkryli, że na podszewce znajduje się logo hipotetycznego producenta, tak jakby naprawdę zostały wyprodukowane w przyszłości. Tak samo jest w Łowcy Androidów. Aktorzy naprawdę znajdują się w świecie, w którym grają swoje role. Widzą gazety, których nie zobaczy nikt oprócz nich, bo nigdy nie pojawią się na ekranie."

Gwen Lee i Doris Elaine Sauter, A jeśli nasz świat jest ich rajem? Ostatnie rozmowy z Philipem K. Dickiem, Helion, 2008, tłum. Michał Lipa.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Czas umierania

Po Mordercę bez twarzy sięgnąłem tylko dlatego, że ktoś, gdzieś postawił komisarza Kurta Wallandera tuż obok moich ulubionych powieściowych śledczych: Salvo Montalbano i Johna Rebusa. I mimo tego, że skandynawskie kryminały uważam za mocno przereklamowane (Stieg Larsson) i równie słabe jak głośne (Jo Nesbø), to z powodu tak doborowego towarzystwa dla tej postaci postanowiłem zaryzykować.

Bohater Henninga Mankella doskonale wpisuje się w kliszę samotnego, rozczarowanego światem policjanta, który zbyt dużo czasu poświęca swojej pracy i butelce whisky, stanowczo zbyt mało zaś, swojej byłej żonie i rodzinie. Ma więc Wallander wiele wspólnego nie tylko z wymienionymi powyżej kolegami po fachu, ale i pewnie z tysiącem innych detektywów zaludniających karty powieści kryminalnych na całym świecie. Na dodatek Mankell w Mordercy bez twarzy otoczył swojego komisarza raczej bezbarwnymi współpracownikami (no, może z jednym wyjątkiem), pozornie prowincjonalną intrygą ubogą w zaskakujące zwroty akcji i brakiem skrzących się ironią dialogów. Samemu detektywowi daleko do cynicznego Johna Rebusa czy wiecznie sarkastycznego Salvo Montalbano. To sprawia jednak, że Kurt Wallander jest postacią znacznie bardziej prawdziwą niż jego papierowi koledzy. 

Henning Mankell rozpisał bowiem swoją opowieść na trzy poziomy. 

Pierwszy, to historia śledztwa w sprawie podwójnego morderstwa. Historia, której bezsprzecznym atutem jest realizm. Tutaj nie ma miejsca na nagłe przebłyski geniuszu, śledztwo pcha do przodu mozolna praca całego zespołu, któremu nierzadko pomaga przypadek czy też zwykły łut szczęścia. Na drugim poziomie, Mankell zręcznie wkomponował opowiadaną intrygę w społeczne problemy ówczesnej Szwecji, od których do dzisiaj, nie jest wolna cała Europa. Strach przed obcymi, nacjonalizm, odpowiedzialność mediów za słowa, wreszcie konfrontacja własnej moralności z polityczną poprawnością. Na trzecim poziomie, tym który urzekł mnie w całej powieści najbardziej i jednocześnie tym, który sprawia, że powieść Mankella jest czymś więcej niż zwykłym kryminałem, autor pochylił się nad przemijaniem i śmiercią.

Śmierć jest obecna na kartach Mordercy bez twarzy w wielu postaciach od pierwszej do ostatniej strony. Śmierć ze starości, do której już trochę przywykliśmy i na którą spokojnie wraz z wiekiem oczekujemy. Gwałtowna i brutalna śmierć w wyniku morderstwa, która zawsze nas zaskakuje. Niepotrzebna śmierć z powodu choroby. Wallander w tej mroźnej i deszczowej Skanii nie jest w stanie przejść obok śmierci obojętnie. Nie zajada się aromatycznym spaghetti z czosnkiem w słonecznej Vigacie między jednym a drugim morderstwem, nie zastanawia się gdzie i z kim wypije kufelek piwa w deszczowym Edynburgu przed kolejną strzelaniną. 

Kurt Wallander w czasie śledztwa kilkakrotnie przytacza powiedzenie zaczerpnięte z księgi Koheleta: Jest czas rodzenia i czas umierania. 

To Czas umierania jest w tej powieści najważniejszy.


Henning Mankell, Morderca bez twarzy, wyd. W.A.B, 2011, tłum. Anna Marciniakówna

niedziela, 17 marca 2013

Smakowite Kąski #5

Cormac McCarthy to w moim czytelniczym życiu pisarz szczególny. Nie może zatem w "Smakowitych Kąskach" zabraknąć fragmentów jego prozy i jego bohaterów. A już na pewno nie może w nich zabraknąć Sędziego Holdena.
"Ruszyli w dalszą drogę. W dolinie widzieli orły i inne ptaki, do tego mnóstwo saren, rosły tam też dzikie orchidee i bambusowe zarośla. Rzeka w tym miejscu była dość szeroka, tocząc wody po ogromnych głazach, a wszędzie dokoła z gęstej dżungli lały się wodospady. Sędzia wysforował się naprzód z jednym Delawarem trzymając w ręku karabin naładowany małymi twardymi pestkami z owoców nopalu, a wieczorem fachowo oporządzał ustrzelone kolorowe ptaki, nacierając ich skórę prochem strzelniczym i wypychając motkami ugniecionej trawy, a gotowe okazy pakował do swoich juków. Między kartki zeszytu wkładał liście drzew i roślin, z koszulą rozpostartą w obu dłoniach skradał się na palcach za górskimi motylami, przemawiając do nich szeptem, sam niezgorszy oryginał. Kiedy usiadł, żeby zapisać coś w notatniku, podsuwając go ku poświacie ogniska, Toadvine popatrzył na niego, a potem spytał, jaki jest sens tego wszystkiego.
Zasytgło pióro skrobiące po papierze. Sędzia spojrzał na Toadvine'a. Następnie znów zabrał się do pisania.
Toadvine splunął w ognisko.
Sędzia pisał dalej, wreszcie zatrzasnął zeszyt, odrzucił go na bok, złożył dłonie, przesunął nimi po nosie i ustach i oparł na udach.
Skoro coś istnieje, powiedział. Skoro coś istnieje na tym świecie bez mojej wiedzy, istnieje bez mojej zgody."

Cormac McCarthy, Krwawy Południk albo Wieczorna Łuna na Zachodzie, Wydawnictwo Literackie, 2010, tłum. Robert Sudół.

wtorek, 12 marca 2013

Czerwony notatnik.

Stonowany, oniryczny, zaskakująco wyciszony i przygaszony - taki właśnie jest Nowy Jork w Trylogii nowojorskiej, Paula Austera. Wiecznie pędząca metropolia, na kartach tych trzech mini powieści na moment zamiera, stając się czymś znacznie więcej niż jedynie scenografią do opisywanych zdarzeń. Staje się symbolem raju utraconego albo może nawet bardziej, raju nigdy nie osiągniętego; staje się współczesną Wieżą Babel, za pomocą której człowiek rzuca wyzwanie Bogu.  

Auster tym symbolizmem wyraźnie się bawi, w umiejętny zresztą sposób przywołując w powieści postać i dzieła Johna Miltona, po to tylko by za chwilę wykonać karkołomną woltę i pokazać, że w tym gigantycznym mieście możesz czuć się jak Henry David Thoreau w oderwanej od cywilizacji, ascetycznej chacie nad jeziorem Walden. Chylę czoła przed sposobem w jaki Auster stworzył swój Nowy Jork - miasto z trwającego na jawie snu - bez uciekania się do kiczowatej metafizyki i tandetnych chwytów, wytwornie balansując na granicy prawdopodobieństwa i fikcji.

To jednak jedynie preludium do gry, którą autor prowadzi z postaciami z własnej powieści i - nade wszystko - z czytelnikiem. Bohaterowie, miejsca, przedmioty z tak przecież odmiennych trzech opowieści, rozgrywających się dodatkowo w zupełnie różnych latach, w subtelny sposób przenikają między nimi, sprawiając wrażenie pozostawionych w czasie śladów, na które kiedyś, ktoś musiał natrafić. Auster powoli odsłania kolejne warstwy przykrywające opowiadane historie i gdy już czytelnikowi wydaje się, że wszystko jest jasne, opada kolejna zasłona, która sprawia, że nic nie jest tym czym się do tej pory wydawało być. 

W tej książce wszystko jest jednocześnie prawdziwe i fałszywe: postacie, omawiane dzieła i ich domniemani autorzy, przywoływane daty i zdarzenia. W tej książce prawdziwy i fałszywy zarazem jest sam Paul Auster. Wydaje się, że w pewnym momencie każdy z tych przeraźliwie samotnych bohaterów zdaje sobie sprawę, że jest jedynie postacią z czerwonego notatnika, notatnika, w którym ich historię zapisał, rozpoczął i zakończył ktoś inny.

Zastanawiam się, czy ktoś w takim samym czerwonym notatniku zapisuje moją historię? Zastanawiam się jak ją zakończy? Może zwyczajnie, tak po prostu?

Stawia znak zapytania na końcu zdania, naciska CTRL+S, wstaje z krzesła i wychodzi za drzwi.
A dalej nic już nie wiemy.

Paul Auster, Trylogia nowojorska, wyd. Znak, Kraków, 2012, tłum. Michał Kłobukowski

sobota, 16 lutego 2013

Smakowite Kąski #4 - KKB

Wrzucam dzisiaj, ale już za chwilę będzie o nim głośno. Znów. Wreszcie.
"Byłeś jak wielkie, stare drzewo,
narodzie mój jak dąb zuchwały,
wezbrany ogniem soków źrałych
jak drzewo wiary, mocy, gniewu.

I jęli ciebie cieśle orać
i ryć cię rylcem u korzeni,
żeby twój głos, twój kształt odmienić,
żeby cię zmienić w sen upiora.

Jęli ci liście drzeć i ścinać,
byś nagi stał i głowę zginał.

Jęli ci oczy z ognia łupić,
byś ich nie zmienił wzrokiem w trupy.

Jęli ci ciało w popiół kruszyć,
by wydrzeć Boga z żywej duszy.

I otoś stanął sam, odarty,
jak martwa chmura za kratami,
na pół cierpiący, a pół martwy,
poryty ogniem, batem, łzami.

W wielości swojej - rozegnany,
w miłości swojej - jak pień twardy,
haki pazurów wbiłeś w rany
swej ziemi. I śnisz sen pogardy.

Lecz kręci się niebiosów zegar
i czas o tarczę mieczem bije,
i wstrząśniesz się z poblaskiem nieba,
posłuchasz serca: serce żyje.

I zmartwychwstaniesz jak Bóg z grobu
z huraganowym tchem u skroni,
ramiona ziemi się przed tobą
otworzą. Ludu mój, Do broni!"
Krzysztof Kamil Baczyński, Kwiecień, 1943 r.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Smakowite Kąski #3

Jak się nie ma wystarczająco dużo czasu na czytanie, ale tak naprawdę nic a nic, nawet za grosz, to czyta się rzeczy na tyle krótkie by ich czytanie nie zabierało czasu, którego przecież nie ma. Można się wtedy przekonać, że Życie jak w Madrycie jest niezwykle zaskakująco podobne do tego w Warszawie (by przy stolicach pozostać), i że głupocie oraz ignorancji nie straszne żadne granice, ni - jak pokazuje to A w Madrycie nadal znakomicie - upływ czasu. Ale, ale! Czas goni, przedstawiam zatem dziennikarskie wcielenie Arturo Pereza-Reverte.
"Piętnastu tysięcy walizek w ciągu jednego dnia nie gubi żadne lotnisko, nawet takie, które wzięłoby to sobie za punkt honoru i nakłaniało cały personel do umyślnego i sumiennego ich gubienia, jedna za drugą. Takiej ilości walizek nie gubi żadne lotnisko na świecie - nawet w Trzecim Świecie - z wyjątkiem lotniska Madryt Barajas. Pasażerowie o nikłym poczuciu humoru, a także odznaczający się niechęcią do przygód i szaleństw mogą sobie mówić, co chcą, jedno jest pewne: zapodziać taką liczbę walizek w jednej chwili i za jednym zamachem to prawdziwa sztuka. Trzeba mieć doświadczenie i talent, stosowny trening, przygotowanie i Bóg wie co jeszcze. Trzeba mieć wyćwiczoną rękę, zamiłowanie, no i powołanie."
Twarde Lądowanie, Życie jak w Madrycie, Historia i Sztuka 2005, tłum. Wojciech Charchalis

"Parę dni temu przestał mi działać piec na ropę. Minus dwanaście stopni. Zimno jak skurczybyk. Ani ciepłej wody, ani centralnego ogrzewania, ani w ogóle nic[...]

Znowu dzwonię do lokalnego sprzedawcy. Dzień dobry, dzwoniłem przed kilkoma dniami. Jak na razie sprzedawca ogólnokrajowy ma mnie gdzieś, tak więc nie wiem czy mam złorzeczyć ich zmarłym czy waszym. Proszę pana - mówi ta sama pani czy panna, co wtedy. Ropa, którą nam sprzedają zawiera parafinę, która w rurach zewnętrznych gęstnieje przy temperaturze sześciu stopni poniżej zera i zatyka filtry. Ale mój zbiornik jest na zewnątrz - zauważam - bo zmusza mnie do tego prawo. Czy może nie dodaje się do ropy jakiegoś świństwa? - pytam. Zupełnie niczego - odpowiada. I nikomu jeszcze nie przyszło do głowy, że ogrzewanie jest najbardziej potrzebne, właśnie kiedy temperatura spada poniżej minus sześciu stopni? Przyszło - odpowiada. Ale standardowa temperatura przewidziana dla tego rodzaju paliwa nie spada tak nisko. A kto ustalił tę standardową temperaturę - żądam informacji. Nie wiem - mówi intelektualistka. Ale kiedy się ociepli, będzie Pan miał kłopot z głowy. To pocieszające - odpowiadam".

Pingwiny i Parafina, A w Madrycie nadal znakomicie, Historia i Sztuka 2006, tłum. Wojciech Charchalis
"Nie znoszę pedałów, oświadczył jeden z oskarżonych usprawiedliwiając się w ten sposób z tego, że rozwalił łeb facetowi - aż tamten stracił przytomność - tylko dlatego, że widział go wychodzącego z baru, do którego uczęszczają homoseksualiści. Sędzia demonstrujący zapewne nieugiętość przy okazjach związanych ze swym godnym szacunku zawodem, ograniczył się do umycia rąk i zasądzenia grzywny w wysokości 270 tysięcy peset. Może uznał, że wychodzenie z gejowskiego baru, poza potwierdzeniem ewidentnego pedalstwa, jest również bezczelną prowokacją ze strony ofiary[...]

Jak powtarza mój zażarty czytelnik i przeciwnik, notariusz z Pampeluny, ja też jestem pedałem. Nie dlatego, że podobają mi się panowie, tylko dlatego, że nie podobają mi się skurwysyny, którzy sami siebie mianują surową ręką sprawiedliwości ludowej i Pan Properami swojej ulicy albo dzielnicy, i łącza się w grupy, żeby dodać sobie żałosnej odwagi podczas linczów. Chcę powiedzieć, że jestem pedałem z racji ogólnoludzkiej solidarności, i jestem z tego dumny. Nie sympatyzuję z rozkrzyczanymi i ustrojonymi w pióra trzpiotami, którzy chodzą po ulicy i wprost się proszą żeby im rozkwasić mordy - i czasem w zachwyt ich wprawia samo rozkwaszenie - ale nieskończenie bardziej gardzę głupkowatymi rozpołodowcami, supermenami, co to podkreślają wielkość swoich jaj w zależności odwrotnie proporcjonalnej do zatrważającej masy ich mózgów".
Też jestem pedałem, Życie jak w Madrycie, Historia i Sztuka 2005, tłum. Wojciech Charchalis

czwartek, 24 stycznia 2013

Smakowite Kąski #2

"Krzesiwa przestały krzesać skry, zapałki przestały się zapalać, z keraunetów i pyresider nie dało się już strzelać - po tym poznaliśmy, iż przybył Czarnoksiężnik[...]
Wszedł sam, to się zgadza z legendą, on zawsze wchodzi pierwszy, bierze w posiadanie. Nie jestem pewien, czy ja to poczułem i wystąpiłem mu na przeciw, czy też on znalazł mnie na tej ulicy. Południe, upał, żadnych cieni. Ujrzałem go wyłaniającego się zza zakrętu, był pieszo, w lewej dłoni nahajka, uderzał nią rytmicznie o udo. Krok za krokiem, powoli, to był spacer victora, a każde miejsce, przez które przeszedł, każdy dom, który minął, każda rzecz, na którą spojrzał - naprawdę zdawało mi się, że widzę tę płynącą przez kreos zmarszczkę morfy - każda rzecz była odtąd bardziej jak Czarnoksiężnik. Zastał mnie na ziemi i podczas gdy on ku mnie szedł, ja próbowałem podźwignąć się na nogi. Dawno już nic nie jadłem, jedzenie było nie do pomyślenia, najchętniej zostałbym na czworakach, wiedziałem, że powinienem zostać na czworakach, na kolanach z głową w pyle, ucałować mu stopy, gdy zbliży się, to należało uczynić, to było naturalne, ku temu wszystko zmierzało - spróbuj zrozumieć, chociaż to tylko słowa - gdy uniosłem wzrok, przesłaniał pół nieba, to jest olbrzym, przerósł rodzaj ludzki, nie sięgamy mu ramienia, piersi, on jest ponad, my jesteśmy pod, ziemia, pył, brud, na kolanach, na kolanach - spróbuj zrozumieć - nic nie musiał mówić, stanął nade mną, nahajka o udo, tuk-tuk, coś tam bełkotałem, chyba jęczałem błagalnie, ślina na brodzie, głowa zwieszona, ale nadal się podnoszę, noga, ręka, podpierając się i drżąc, on stoi, czeka, czułem jego zapach, coś jak te migdały z ust samobójców, a może zapach jego korony - spróbuj zrozumieć, ja sam nie rozumiem - wstałem, uniosłem wzrok, wpółoślepiony, spojrzałem mu w oczy, niebieskie źrenice, opalona skóra, uśmiechał się pod wąsem, co miał oznaczać ten uśmiech, śni mi się do dzisiaj, uśmiech tryumfującego kratistosa. Czy ty to rozumiesz? Wyrzekłby słowo, a wyrwałbym sobie serce, by go zadowolić.
Splunąłem mu w twarz."

 Jacek Dukaj, Inne Pieśni, Wydawnictwo Literackie, 2003

sobota, 19 stycznia 2013

Długość dźwięku samotności

Sunset Park, Paula Austera to dla mnie przede wszystkim, wielka powieść o samotności. O tym, że rodzi się ona zawsze w momencie, w którym rozpoczynamy, nie ważne czy świadomą czy też nie, ucieczkę od własnej przeszłości. O tym, że z czasem rozkwita, a później dojrzewa na tyle, że staje się cichym, niewidzialnym kołem napędowym naszych decyzji i wyborów.

Wydawało mi się, że dziś już nie sposób pisać o samotności nie popadając w banał lub tani sentymentalizm. A Austerowi absolutnie to się udaje. Bo pisze nie o niej, a o jej nosicielach. Bo wydobywa ją z każdego bohatera Sunset Park w sposób nieinwazyjny, nienachalny, subtelny. Bo opowiada - nie ocenia, opisuje - nie wartościuje. 

Każdy z bohaterów stara się odegnać od siebie demony przeszłości, nieświadomie je w sobie w ten sposób jedynie jeszcze bardziej pielęgnując. Każdy podświadomie tęskni za tym, co już było. Nie bez przyczyny elementem spajającym wszystkie postacie, które przez powieść się przewinęły jest film o symbolicznym tytule Najlepsze lata naszego życia. Każdy z bohaterów niezależnie od tego czy jeszcze nie skończył osiemnastki, czy ma już grubo po sześćdziesiątce, wypatruje nieuchwytnego szczęścia i każdy, choć otoczony ludźmi - rodziną, partnerem, przyjacielem - w głębi duszy pozostaje samotny.

Sunset Park osadzona w - tak wychwalanym przez krytyków - nowojorskim anturażu czasu wielkiego kryzysu, jest dla mnie powieścią uniwersalną. Samotność nie opuszcza nas niezależnie od tego czy jesteśmy na słonecznej Florydzie, pomieszkujemy w opuszczonym domu na Brooklynie, czy też czekamy na pociąg na dworcu wschodnim w Warszawie.

Paul Auster, Sunset Park, wyd. Znak, Kraków, 2012, tłum. Maria Makuch

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Fikcja musi mieć sens

Święta i zamieszanie związane z nimi to doskonała okazja by połknąć coś na prawdę lekkiego. Coś co można na chwilę odłożyć na bok by kilka minut później bezboleśnie do tego wrócić, coś co wprawdzie nie pozwala na delektowanie się każdym zdaniem ale sprawia mi wiele frajdy. Jednym słowem - święta to bardzo dobra pora na kryminał.

Jo Nesbø w zeszłym roku atakował mnie z głównych stron niemalże wszystkich krajowych księgarni internetowych, zaglądał w moim kierunku z półek w supermarketach, a raz nawet sam wypatrzyłem go w kiosku, upchniętego między fajkami a płynem po goleniu. W końcu wyskoczył spod choinki i to od razu w trójnasób, wygrażając przy tym z okładek zuchwale, że "strąci z tronu Larssona". W pośpiechu sięgnąłem zatem po Czerwone Gardło, jedną z opowieści o detektywie z Oslo.

Harry Hole da się lubić. Nie jest co prawda tak zabawny jak Salvo Montalbano, ani tak cyniczny jak John Rebus, ani pewnie tak męski jak Mikael Blomkvist ale ma w sobie to coś, co sprawia, że się mu kibicuje. Inna sprawa, że nie za bardzo jest mu w czym kibicować. Jo Nesbø zdaje się zapomniał bowiem, że "różnica między rzeczywistością a fikcją jest taka, że fikcja musi mieć sens*". Co rusz coś w tej książce zgrzyta: kilka kompletnie niewiarygodnych postaci, które swym zachowaniem sprawiają, że nie sposób zapomnieć, że to tylko powieść; kilka absurdalnych sytuacji, które nie miały prawa się zdarzyć i - wreszcie - kilka irracjonalnych wyborów, których nikt, nigdy w rzeczywistym świecie by nie dokonał.

Ale największą zbrodnią przeciwko czytelnikowi, jaką popełnił w Czerwonym Gardle Nesbø, jest umożliwienie mu trafnego odgadnięcia tożsamości mordercy już w połowie lektury. A jest to zbrodnia - rzec można - podwójna: raz, że dotyczy kryminału a dwa, że pisarz zdradza ten fakt w najbardziej oczywisty, by nie powiedzieć amatorski sposób. Główny bohater - przypominam, że to śledczy a chwilowo nawet komisarz - do niemalże ostatniej strony powieści, z podziwu godnym uporem o nic nie podejrzewa postaci faktycznego mordercy, co sprawia, że mimo całej sympatii do Harrego, czytelnik ma go za nieudacznika, jeśli nie idiotę. I nie tłumaczą go ani chwilowe stany upojenia alkoholowego, ani tymczasowe zauroczenie kobietą. I nie wydaje mi się również, że taki był zamysł autora.

Przede mną dwie kolejne powieści autorstwa Nesbø. Szczerzę wierzę, że Harry Hole będzie musiał stawić w nich czoła bardziej wiarygodnym przeciwnikom przy pomocy bardziej realnych przyjaciół i wykaże się przy tym większą podejrzliwością.

Jo Nesbø, Czerwone Gardło, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2007, tłum. Iwona Zimnicka

*mądrość takową powiedział kiedyś Tom Clancy, coś jednak nie dawało mi spokoju (nie żebym nie wierzył w Toma) i okazało się, że pożyczył ją sobie od Marka Twaina, który napisał (w wolnym tłumaczeniu): "rzeczywistość prześciga fikcję, ponieważ fikcja jest zmuszona trzymać się rzeczywistości".